Podróż do Izraela
5.09-29.09.2000

       Jakie wrażenie wywiera Ziemia Święta na odwiedzającym ją? Co w nim po sobie zostawia? Co pozwala zrozumieć? Marek R., student wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, latem 2000 roku udał się do Izraela w poszukiwaniu zagubionej ojczyzny swych przodków. O tym, co odnalazł pisze w swoim artykule "Podróż do Izraela". Zapraszam do lektury.

***

       Byłem w Izraelu.
       Tak daleko, ale jednak byłem tam. To właśnie oglądając tropikalne owoce u stereotypowego aż żydowskiego sprzedawcy po raz pierwszy usłyszałem obiegającą świat piosenkę "It's a beautiful day", to wychodząc z Bazyliki Grobu Pańskiego po raz pierwszy doleciały mnie bezpretensjonalne dˇwięki hitu "Lady". Chwile w kawiarence internetowej przetykałem przemykaniem po zabytkowych ruinach i lśniących nowoczesnością synagogach, tudzież głaskaniem setek kotów, których tam, na Wschodzie, pełno. Nie było bomb, były uśmiechy i olimpiada, jak wszędzie. Sielankowe wrześniowe preludium do polityki, wiary i krwi.
       Byłem w Izraelu.
       Wróciłem po długim błądzeniu.

1. Ziemia dawniej święta.

       To rzeczywiście zdaje się niezwykłe, że dawniej taka wyprawa zajmowała kilka tygodni czy nawet miesięcy, drogi rozmiękłe, statki przepełnione, sztormy, Turcy biorący dzieci w jasyr, nienawiść miedzy wschodem i zachodem, krew - i wiara. Byli tacy, co szli czterdzieści lat... Gdy teraz czytam doniesienia o upadkach samolotów, zatonięciach promów czy łodzi podwodnych, o wojnach religijnych, naprawdę napawa mnie dziwnym spokojem owa świadomość ciągłości - że mimo zdobycia kosmosu i odkrycia neutrina taonowego jesteśmy wciąż tacy sami, tak samo ciągle mało święci...
       Cóż, mnie sama podróż kosztowała - mentalnie, nie materialnie, rzecz jasna - jedynie trochę nerwów, garść niezbędnych zwrotów obcojęzycznych, by móc porozumieć się na lotnisku oraz... nawiązanie dość bliskiej znajomości z duchem świnki morskiej, który na kilka ładnych godzin zadomowił się w moich uszach, piszcząc ilekroć głębiej odetchnąłem. Ot, efekt zmian ciśnienia podczas startu i lądowania.
       
Sam lot nie był przeżyciem mistycznym, choć spodziewałem się czegoś niezwykłego. Pogoda oczywiście ładna (przecież leci się nad chmurami), tafla morza z góry wygląda jak lekko pomarszczona skóra jakiejś nieziemskiej istoty, obłoki zaś rzeczywiście zapraszają jakby do zamieszkania między nimi i nie dziwię się już umiejscawianiu większości boskich siedzib tam, w górze. Tylko świnka morska nie dawała spokoju. A element tajemniczości? Był, był - nie leciałem bowiem lotem bezpośrednim z Warszawy do Tel Awiwu, ino tranzytem przez... Londyn. Bo taniej. Tego właśnie nie rozumiem, ale świat wokół jest naprawdę bajecznie pięknie niezrozumiały, o czym miałem się jeszcze podczas tej wycieczki niejednokrotnie przekonać.
       Podróż zajęła nam (bo całą eskapadę odbyłem z Babcią - i tylko dzięki Babci, za co Jej jeszcze raz serdecznie dziękuję!) trzy godziny, choć trwała godzin sześć. Nasuwa się tu oczywiście pytanie o naturę czasu, choć muszę od razu zdementować pogłoski o użyciu magicznego wehikułu. Godzinę czekaliśmy na pozwolenie startu (tego nie rozumiał nawet pilot), a podczas lotu przesunęliśmy o dwie godziny zegarki - i już. Ciekawe, jak wiele pięknych chwil umyka nam podczas przestawiania zegarków. Nie każdy jest Fileasem Foggiem.
       W Tel Awiwie był bardzo wczesny ranek, gdy wylądowaliśmy na lotnisku Ben Guriona - nazwanym tak na cześć pierwszego premiera Izraela, prawdziwego twórcy niepodległego państwa, który otoczony jest tam czcią większą chyba, niż w Polsce Piłsudski. Pierwszą rzeczą, która zaskoczyła mnie po wyjściu z samolotu, był niezwykły zapach - lekko mdławy, parny, delikatny i niezwykle ciepły - zapach, jak mi powiedziano, charakterystyczny południowym krajom nadmorskim. Dla mnie ten zapach właśnie pozostanie znakiem rozpoznawczym Erec Izrael (Państwa Izrael). No i te palmy - palmy na lotnisku. Od razu co prawda zacząłem wypatrywać wielbłądów (to pewnie na tej samej zasadzie, na jakiej Izraelczyk, przyleciawszy do Polski, zacząłby od razu rozglądać się za niedˇwiedziami polarnymi), ale, po przyjeˇdzie do terminalu i odprawie paszportowej (w okienku kobieta! Kobieta w mundurze! W stopniu kaprala!), dostrzegłem tylko Felę. U tej pani, przyjaciółki Babci z lat dziecinnych, przyszło mi przemieszkać cały mój pobyt. Fela to fantastyczna, rubaszna i dowcipna starsza pani, mówiąca płynnie pięcioma językami, bogata i ekstrawagancka, mająca na ramieniu wytatuowany numer. Z Auschwitzu. Tam każdy starszy człowiek ma swoją historię. Podczas kilku kolacji, spędzonych z mieszkańcami Tel Awiwu wiele takich opowieści usłyszałem - kogoś wyrzucono jako małego chłopca z warszawskiego getta i nauczono pacierza, dzięki czemu przeżył (dziś umie powiedzieć po polsku tylko tę modlitwę); ktoś inny wyjechał z Polski w 1968 roku i teraz, gdy opowiadał o swej niedawnej podróży (pielgrzymce?) do Ojczyzny, łzy stały mu w oczach; nawet kierowca taksówki, usłyszawszy moją rozmowę z Babcią wyznał, że jest polsko-ukraińskim Żydem, którego ojcu udało się uciec w czterdziestym czwartym roku z Auschwitzu, przedostać się za wschodnią granicę, i tam przeżyć wojnę, lecz zniknąć tuż po niej "w niewyjaśnionych okolicznościach". Wraz z ciotką nasz taksówkarz z wielkim trudem wyjechał najpierw do Afryki (znowu nie zrozumiałem dlaczego), by potem odnaleˇć wreszcie swe miejsce w Ziemi Obiecanej. I tak dalej, ciągle żywa jest przeszłość, ona wdziera się w chwilę obecną, nadaje jej głębię - choć młodzi są już tacy, jak wszędzie. Odniosłem wrażenie, że liczy się dla nich, nawet bardziej niż dla nas, teraˇniejszość i przyszłość, bez zbytnich głębokości. Komórka i opalenizna. Słońce i plaża służą przez cały rok.
       Tel Awiw jest miastem właściwie nie do odróżnienia od zachodnioeuropejskich czy amerykańskich metropolii. Szklane domy, kolorowe sklepy, McDonald, Pizza Hut, nawet kawa mrożona w Dunkinie smakuje jak zwykle. Oczywiście, temperatura i palmy na ulicach przypominają, że to nie Manhattan, nie mówiąc już o takich klejnotach, jak skryta za żywopłotem... Świątynia Masońska - z, rzecz jasna, cyrklem na ścianie i, co mniej oczywiste, odpadającymi ze ścian kafelkami - czy też gekony wokół lamp na klatkach schodowych.
       Co innego Jerozolima. Byłem w "Świętym Mieście" trzy razy. Jedzie się tam ze stolicy (swoja drogą, nie do końca wiadomo, co tam jest stolicą, bo niektórzy uważają, że Jeruszalaim właśnie) trzy kwadranse, a z okien autobusu widać najpierw płaskie krajobrazy, porośnięte małymi drzewkami (są to albo uprawy pomarańczy, albo sztucznie zasadzona flora śródziemnomorska), potem - wzgórza. To nie góry otaczają święte miasto, ale niewielkie pagórki, kamieniste i niegościnne. Zaciekawiły mnie jednak porozrzucane tu i ówdzie wraki pojazdów bojowych, wyglądające na całkiem... hmmm... zadbane. Okazało się, że tworzą one rodzaj muzeum, dokumentujące heroiczny wyczyn zdobycia Świętego Miasta na początku lat pięćdziesiątych. Naszego wieku, rzecz jasna. Przeszłość na każdym kroku wyskakuje na człowieka, gdy tylko wyjedzie się z Tel Awiwu, a w szczególny sposób widać to w Jerozolimie, choć tam sytuacja się komplikuje...
       
To miasto jest głośne. Ciągły gwar, tak charakterystyczny każdemu miejscu bliskowschodniemu, rzeczywiście miejscami powoduje zawroty głowy. Na co już czekają kieszonkowcy. To miasto jest wielkie. Rozciągnięte na wzgórzach wokół, obrastające je szczelnie, ciągnące się daleko, daleko - choć mieszka tam dwa razy mniej ludzi, niż w Warszawie. I, co najważniejsze, jest to miasto kontrastu. Kontrastu aż czasami dla mnie bolesnego, bo jak można z trudem przeciskać się między rozwrzeszczanymi sklepikarzami, mruczącymi pielgrzymkami, kramami z chałwą, chińskimi zabawkami, gumkami do ścierania z gwiazdą Dawida oraz wszystkim właściwie, co można sobie wyobrazić, wiedząc, że idzie się po Drodze Krzyżowej? Którą On szedł prawie dwa tysiące lat temu? Mając wokół siebie setki takich samych właściwie sklepików? A co powiedzieć o Bazylice Grobu Pańskiego, podzielonej między trzy religie chrześcijańskie, miejscu, gdzie mieszają się obrządki, pieśni łączą w ryk, zapach kadzideł i blask tandetnych lampek otumania, a na kamieniu, na którym Go złożono, ludzie pokładają się, tarzają prawie, "opiekając" święte obrazki (najpierw na jednej, potem na drugiej stronie je kładąc)? Czy to miejsce wciąż jest święte? Gdy wyszedłem na słoneczne popołudnie z owego "centrum kultu", dostrzegłszy dwa małe koty, bawiące się w cieniu, i uśmiechających się do nich pielgrzymów chyba z Afryki (Koptów), odetchnąłem z ulgą. Jest jeszcze jakaś szansa na odnalezienie świętości.
       Groby Chrystusa są zresztą dwa. Jeden w Świątyni, drugi zaś poza murami starej Jerozolimy (co przemawia za jego autentycznością, kto bowiem chowałby złoczyńcę w centrum miasta?). Ten drugi, "oryginalny" według Anglikanów i Babci, jest rzeczywiście niezwykły. To po prostu piękny, zielony, cichy i melancholijny, rozszeptany ogród. Są w nim cichutcy pielgrzymi z bibliami w rękach - i kameleony. Jest pieczara i wzgórze, przypominające czaszkę. I cisza. Uświęcająca to miejsce dużo piękniej niż krzyki i religijne szaleństwa.
       
Pod Ścianę Płaczu, jedyną ocalałą ścianą świątyni Salomona, najświętsze miejsce religii judaistycznej, wejść można tylko po rewizji osobistej. Izraelczycy (i Izraelki) w zielonych mundurach i z karabinami gotowymi do strzału otaczają kiwających się, ekstatycznie rozmodlonych Żydów. Ci tak zwani pogardliwie "Pobożni" są niekiedy zresztą naprawdę uciążliwi. W szabas (od piątkowego popołudnia do sobotniego wieczora), dzień święty, nie można jeˇdzić niektórymi ulicami, a pojawiające się tam samochody mogą zostać obrzucone kamieniami. Długo zastanawiano się, czy to obrzucanie nie jest zabronioną w piątek pracą, ale na szczęście mądrzy rabini uznali, że nie, można więc rzucać bez grzechu. Poza tym Pobożni nie płacą podatków i nie obowiązuje ich obowiązkowa dla wszystkich obywateli (PRZED studiami, nie po lub zamiast) służba wojskowa. Chociaż z drugiej strony przyszło mi kiedyś do głowy, że jeśli i tu ich nie chcą, to gdzie mają pójść, zawsze wyganiani?
       Arabowie za to są głośni, wąsaci, ciemnoskórzy i prawie każdy ma przynajmniej jeden złoty ząb. Ich język jest jeszcze bardziej niż hebrajski niezrozumiały (choć w obydwu nie zapisuje się spółgłosek) a jeśli chodzi o zwyczaje - to rzeczywiście, gdy o czwartej z minaretów płynie niezwykły śpiew muezinów (magnetofonowy, ale zawsze), kilku sprzedawców zamyka swe sklepiki i tylko w oknie widać, jak modlą się, bijąc czołem. I do każdego klienta mówią "Maj frjend", nie wypuszczając, póki się czego nie kupi (ach, pod koniec mego pobytu targowałem się już o wszystko!). Do górującej zaś nad Ścianą Płaczu muzułmańskiej Świątyni na Skale i meczetu Al-Aksa nie doszedłem, choć sytuacja wygląda tam pewnie podobnie, jak w najświętszym miejscu Żydów. Ale, co chyba najważniejsze - było podczas mojej wizyty niezwykle spokojnie. Żadnych zamachów, żadnych walk, po prostu - życie kilku religii, współistniejących tam z powodu kaprysów historii. Gdy leciałem już do Londynu, dwie godziny po opuszczeniu Ziemi Izraela, kilkudziesięciu Arabów wyszło ze Świątyni na Skale i zaczęło rzucać kamieniami w modlących się poniżej Żydów. Wojsko odpowiedziało ogniem. Walki trwają do tej pory. Zginęło już ponad dwieście osób. Ostatnio izraelski helikopter odpalił rakietę w samochód terenowy, którym jechał jeden z dygnitarzy palestyńskich.
       A wszystko wydawało się takie spokojne, pod roziskrzonym, gorącym niebem...
       Byłem też raz w Jerozolimie, nie odwiedziwszy starego miasta. Pojechałem na przedmieścia, gdzie na jednym ze wzgórz położone jest muzeum pamięci, Yad Vashem. Instytut Pamięci Ofiar Holocaustu. Kilka budynków - i pięć milionów drzewek oliwnych. Przy każdym tabliczka z imieniem, nazwiskiem, krajem pochodzenia... Śpiew ptaków, jaszczurki, niezwykła cisza. Kilka budynków - sześciokątny Memoriał Dziecięcy: ciemna komnata, w której środku pali się jedna świeczka, powielona lustrzanymi ścianami, podłogą i sufitem w wiele nieskończoności i cichy głos, wyliczający nazwiska półtora miliona zabitych przez hitlerowców dzieci; Hala Pamięci, w której płonie wieczny ogień, do której wchodzi się po rampie - dokładnie takiej, jak tej prowadzącej do wagonów - i na której czarnej posadzce wypisane są miejsca zagłady; Dolina Wspólnot - wielki kanion z gigantycznych bloków skalnych, rozszerzający się na kilka sal pod gołym niebem, w których wypisane są wszystkie miejsca w Europie, gdzie mieszkało minimum dziesięciu mężczyzn (liczba niezbędna do wspólnej modlitwy w bożnicy, tzw. minjan); nad jedną z alei Memoriał Deportacji - stojący na urywającym się nagle wiadukcie wagon, dokładnie taki... I to tam, w tym cichym miejscu, uświęconym, lecz nie epatującym cierpieniem, w wielkim, jedynym chyba w całej Jerozolimie parku-lesie, słuchając śpiewu ptaków i obserwując motyle, czuć najpełniej znękaną świętość tej ziemi. Najpiękniejszym moim wspomnieniem z całej podróży jest jedna scena z Yad Vashem właśnie - młoda para i mały chłopiec, można powiedzieć, że idealnie aryjscy, blondwłosi, niebieskoocy, postawni, cicho szepczący po niemiecku przy jednym z drzewek oliwnych, ocierający łzę.

2. Raj dla Żydów.

       Dziś rano, jadąc na uczelnię, wypełniony pesymizmem Schoppenhauera i paradygmatami badawczymi Skinnera, podejrzałem, choć to nie wypada, ale ideały BB się rozpowszechniają, więc podejrzałem tytuł artykułu w czytanej przez współpasażera gazecie. "Kolejne ofiary walk na Bliskim Wschodzie". I natychmiast uleciały ze mnie teoretyczne rozważania starych mistrzów. Gdyż tak naprawdę filozofia i nauka są niczym wobec potęgi religii, szczególnie tej zaprzęgniętej w jarzmo najostrzejszej polityki. Islamscy Talibowie w Afganistanie niszczą zabytki buddyjskie i cały świat bezsilnie protestuje. My w Polsce mieliśmy niedawno - na naszą, niewielką skalę - sprawę krzyży na żwirowisku w Oświęcimiu. A w Izraelu na premiera zaprzysiężony został Ariel Szaron (akcent na ostatniej sylabie nazwiska, jak w większości hebrajskich słów), prawicowy generał. I świat również bezsilnie się martwi, co to będzie. Że już tylko wojna. Że znów wojna. Że inaczej arabsko-izraelskiego konfliktu rozwiązać się nie da. Na miejscach starych osiedli stoją teraz nowoczesne wieżowce, a Jerozolima jest pełna "Pobożnych", którzy nie dadzą jej sobie wyrwać, choćby sam Allach zszedł, by z nimi pertraktować. Straszne, to prawda, ale mało kto wie, jak tam, daleko, 3000 kilometrów od Polski, wygląda ziemia. Ile jej jest. Jak wyglądają miasta. Co to znaczy "nowe osiedla żydowskie na Zachodnim Brzegu". Jak wyglądałby ten kraj, gdyby nie ciągła walka z pustynią. Ale także trzeba by uświadomić sobie, czym jest "intifada". Co to znaczy honor. I religijny patriotyzm, miłość do państwa, do tego skrawka wysuszonej słońcem planety, dopiero co przez Izraelczyków odzyskanego, dopiero co utraconego przez synów Allaha.
       W poprzednim odcinku mej opowieści ukazałem właściwie tylko, jak wyglądało w mych oczach Święte Miasto Siedmiu Bram. Otoczone wzgórzami, poprzecinane ostrzami religii, kolorowe, głośne, prastare i pękające od kontrastów. Ale Izrael to nie tylko Jeruzalem. W trakcie swej "pielgrzymki" odwiedziłem jeszcze wiele miejsc, miejsc, których obraz wciąż jeszcze istnieje w naszej świadomości głównie widziany oczami wyobraˇni ilustratorów Biblii (co zresztą nigdy w Ziemi Świętej nie byli). W Izraelskim Muzeum Narodowym odbywała się we wrześniu wystawa "Krajobrazy Biblii". Jakże śmiesznie wydały mi się te barwne widoki z malowideł, te lasy, te zwierzęta, te kobierce kwiatów bardziej przynależne ojczyznom malarzy, niˇli Abrahama, Izaaka i Jakuba.
       A więc jak wygląda ta "ziemia patriarchów"?
       Po pierwsze - od razu trzeba pozbyć się wyobrażenia o bujnych, cienistych puszczach otaczających Jerozolimę czy jezioro Genezaret. Lasów nie ma. Wszystkie drzewa i drzewka, cyprysy, sosenki i eukaliptusy zasadzone zostały w ostatnim półwieczu. Jedyny "las" na stokach Mount Herzl jest tak naprawdę sztucznie, na modę australijską stworzonym parkiem naturalnym. Po drugie - krajobraz. Żółty. Jasny. Oślepiający. I pył. Pustynia, z wielkim trudem ujarzmiana dopiero od niedawna przez człowieka. Wzgórza, góry, płaskie połacie ziemi - wszystko w żółtym pyle; drobne kamyki, jakiś daleki kuzyn ostu, gorący wiatr. Nad morzem - trochę piasku, dużo żwiru. W głębi lądu - pył. A w samym centrum kraju - olbrzymia depresja, prawie 400 metrów pod poziomem morza. To wprost nieprawdopodobne, tak zjeżdżać autokarem ciągle w dół i w dół, uszy zatyka, gardło wysycha, oczy łzawią od słońca - i wszędzie tylko pył. I nagle, po tej szaleńczej wprost jeˇdzie - jesteśmy na dnie, a wokół niezwykle płasko. Jesteśmy na olbrzymiej, otoczona górami równinie, jasnej i gorącej, w środku której leży Morze Martwe, najniezwyklejsze morze świata, jedyne tak naprawdę bogactwo naturalne Izraela. Codziennie olbrzymie koparki zrywają wierzchnie warstwy gleby z jego brzegów, albowiem ta gleba, czy raczej gruba, płaska i twarda warstwa wyschniętego błota zawiera prawie całą tablicę Mendlejewa, i to w najprzeróżniejszym układzie. Wspaniałe, lecznicze, śmierdzące jak sto diabłów błoto. W koszt naszej wycieczki nad Morze Martwe wliczony był kilkugodzinny pobyt w jednym z tamtejszych sanatoriów. Najpierw - kąpiel w solance. Tylko piętnaście minut, bo temperatura i powietrze w większych dawkach są niezdrowe dla serca. I dla skóry, która nie dość, że w kilku miejscach najzwyczajniej w świecie pękła, to jeszcze piekła mnie przez następne kilka dni. Ale nam, niepoprawnym, ciągle było mało, więc po wyjściu z owych kadzi piekielnych wsiedliśmy w coś podobnego do traktorka obwożącego turystów po warszawskiej starówce i pojechaliśmy nad sam brzeg, aby się wykąpać. Skwar, zapach lekko nadpsutych jajek, zamiast plaży - pas ostrych kryształków soli. I lśniąca niczym lustro, niczym lustro oszukańcza woda, w której rzeczywiście nie można zatonąć, i dno, czyli tarasy z wykrystalizowanej soli, i - co chyba najważniejsze - śmiechy wokół. Starsi ludzie, taplający się w wodzie (wodzie?) jak małe dzieci. To niezwykłe miejsce, jakby z innego świata. Ale zwykłe miasto wzywa... Kilka zdjęć, trzeba wracać. Ale co to - w połowie drogi stoi jakiś kontener. A wokół niego pełno czarnych ludzi, wysmarowanych owym cudownym, leczniczym błotem. Cóż, nie pozostałem im dłużny. W sumie mała torebka takiego błota kosztuje w Tel Awiwie 18 szekli - czyli około osiemnastu złotych...
       Nad Morzem Martwym nie można mieszkać. Jest tam tylko trochę kibuców (małych przedsiębiorstw), kilka sanatoriów, jezdnia - i tyle. Kolejny fragment Ziemi Świętej całkowicie nieprzydatny pod budowę domów czy uprawę.
       Ale Izrael to przecież "ziemia obiecana". Miałżeby Bóg darować Narodowi Wybranemu pustynię? Kamienie? Martwą, suchą glebę, martwe, słone morze? To po cóżby miał Izrael z Egiptu wychodzić i się po pustyni przez czterdzieści lat błąkać (swoją drogą, to zastanawiające - gdzie oni poszli? Z Izraela do Egiptu naprawdę nie jest daleko...)? Te pytania dręczyły mnie podczas wycieczek po Jerozolimie czy pustyni Negew. Ale któregoś dnia Fela zapragnęła popatrzeć sobie na wzgórza Golan. Ot, tak. "Są naprawdę fantastyczne, musicie je zobaczyć razem ze mną!" - reklamowała. A gdy okazało się, że przy okazji zahaczymy o Galilę i Akkę - bez namysłu zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy na północ. Ciepło. Mimo, że wyjechaliśmy bardzo wcześnie, wkrótce upał i spiekota zaatakowały mały samochodzik i cały zresztą mały kraj wokół. Mijaliśmy pustynne krajobrazy, jakieś fabryki, czasem pólko pomarańczy (bardzo sztucznie regularne), drogowskazy, masę nowoczesnych samochodów. I nagle - góry. Ale niesamowite, zupełnie inne, niż góry w naszym wyobrażeniu. One wyglądają tak, jakby nagle coś sfalowało pustynię, potem te płynne fale pomalowało na różne odcienie pomarańczy i brązu, by następnie pociąć wielkim nożem - rzeˇbiąc, topornie wycinając bruzdy, szczeliny i serpentynowe ścieżki. Niezwykłe to jest. I - puste. Co jakiś czas opuszczona buda, jakiś wrak, tablica głosząca, że uwaga! teren nierozminowany! - smutne pozostałości niedawnej przeszłości. Ale gdy wjechaliśmy na szczyt jednego ze wzgórz zrozumieliśmy, czemu są one tak ważne - przed nami otworzyła się przepiękna panorama Erec Izrael. Gdyby na Golanie ustawić stanowiska artylerii, pod ostrzałem znalazłby się znaczny obszar malutkiego państwa. Toteż Izraelczycy bronią tych pustynnych wzgórz. Choć poza owymi dwoma, jakże dziwnie splatającymi się znaczeniami - estetycznym i strategicznym - nie mają żadnego innego, nie można tam mieszkać, gleby i wody po prostu nie ma. Skały. Piękne, niezwykle ważne, całkowicie obce człowiekowi skały.
       I gdy te kilka tysięcy lat temu udało się Żydom sforsować pas wzgórz Golan, gdy zmęczeni czterdziestoletnimi obietnicami i poszukiwaniem stanęli na szczycie - ich oczom ukazał się niezwykły widok. Zieleń. I błękit. Po czterdziestu latach pylistej, żółtej jak pustynia i białej jak manna - owe dwa kolory życia. Pod stopami mieli zielone, bujne łąki, obrastające błękitną, skąpaną i lśniącą w słońcu taflę jeziora Genezaret. Mieli pod stopami namiastkę rajskiego ogrodu. To była właśnie ziemia obiecana. Enklawa życia w brunatnym piekle. My tuż po zjechaniu ze wzgórz Golan złapaliśmy gumę. Fantastycznie.
       Nad rzeką Jordan odwiedziliśmy miejsce chrztu Chrystusa (podobnie jak w przypadku grobu - jedno z dwóch, bo niektórzy sądzą, że chrzczony był gdzie indziej. Podczas swej pielgrzymki do Ziemi Świętej Jan Paweł II modlił się, dyplomatycznie, w obydwu miejscach); nad jeziorem, skąpani w blasku słońca, zjedliśmy rybę świętego Piotra - niezbyt zresztą smaczną; w Akce wypiliśmy zaś kawę. Przechadzając się po tych malutkich, niezbyt pięknie pachnących i chyba portowo niebezpiecznych uliczkach szukałem śladów krzyżowców. To przecież Akka była ostatnią ich twierdzą, to stąd zostali przez Saladyna wyparci w 1291 roku. Co z nich pozostało? Smród. Kilka kamieni. Morze ciągle ciepłe. Arabowie handlujący rybami tak, jak handlowało się siedemset lat temu...
       Na północy jest Akka, a na południu tylko Ejlat - mała miejscowość wypoczynkowa nad Morzem Czerwonym, wyrastająca z pustyni w czterdziestostopniowym upale, otoczona górami, które są z egipskie (z jednej strony) lub jordańskie (z drugiej). Tu Izrael ma około dziesięciu kilometrów szerokości. Ale to właśnie między innymi o Ejlat (Ejlacik?) wybuchła w 1973 Wojna Jom Kippur. O ten mały, rozpalony, przepełniony dziś wieloma językami i koszulkami Pure sex in Eilat, otoczony pustynią i rafami koralowymi, słynący z parku wodnego (istne Hawaje!) port, w którym my, mieszkańcy klimatu bądˇ co bądˇ umiarkowanego, wytrzymaliśmy tylko trzy dni. Izraelczycy wygrali swą wojnę, my nie. Jak wszyscy uciekinierzy, pod osłoną wieczoru (bo tylko wtedy można podróżować) wyjechaliśmy wreszcie z powrotem na górzystą pustynię, po której autokar, wjeżdżając i zjeżdżając, wijąc się tak, że widzieliśmy czasem jego kuper, dowiózł nas z powrotem do jakże orzeˇwiającego Tel Awiwu.
       Gdzie przywitała nas, zmęczonych i prawie poparzonych, roześmiana Fela, z propozycją wyjazdu następnego dnia do Beth Hatefutsoth.
       I w tym właśnie miejscu, w tym wielkim muzeum, położonym na terenie campusu uniwersyteckiego w Tel Awiwie, odnalazłem to, co śledziło mnie od początku pobytu w Ziemi Świętej, co mnie prześladowało, co trwało gdzieś pod plażą, między tymi śmiesznymi literami, co spozierało zza chasydzkich bród, lśniło na jeziorze, śpiewało w radio, co było w spokojnych, starych twarzach i tych młodych, opalonych, co naprawdę przebrzmiewało w słowach wypowiedzianych przez mojego rozmówcę podczas jednej kolacji, że "Izrael to kraj imigrantów". Imigrantów, przekonanych, pewnych tego, że tu jest ich dom. Beth Hatefutsoth to muzeum Diaspory - czyli rozproszenia, które w historii narodu żydowskiego trwało właściwie od czasu wysiedleń za panowania cesarza Hadriana (początek II w n.e.) do momentu proklamowania niepodległości państwa Izrael w 1948 roku. I przez ten cały czas Żydzi zachowali swą odrębność, swą wspólnotę w rozproszeniu. Dzisiaj ten patriotyzm wygląda czasem dziwnie - niektóre instalacje w Beth Hatefutsoth mogłyby być uznane za antysemickie w innym miejscu, na przykład taka sala ze zdjęciami laureatów Nagrody Nobla żydowskiego pochodzenia (ach, no rzeczywiście, wszędzie ci Żydzi!). Są miniatury synagog z czterech stron świata, przepięknie zdobione egzemplarze Tory, tabele chronologiczne, audiowizualne prezentacje z polskich wsi, jest Majmonides i Spinoza. Ale już szczególnie ta tendencja do ukazania własnej świadomości rozrzewniła mnie w innej sali - sali "wyborów". Oto stajemy przed kilkunastoma pulpitami, z których przy każdym opisana jest dość znacząca sytuacja historyczna (Rewolucja Francuska, Wiosna Ludów, II wojna światowa) i są dwa przyciski, pozwalające wybrać, wybrać tak, jak musieli podczas tych przełomowych wydarzeń wybierać Żydzi. Po każdym wyborze wyświetla się krótka sekwencja, przedstawiająca konsekwencje tego jednego ruchu kciuka, który często symbolizował wybór życia albo śmierci. Ostatnie gablota przedstawia sytuację po holocauście. "W czasie Shoah zginęli Twoi bliscy. Jesteś sam w zupełnie nowej rzeczywistości. Masz dwie możliwości - pozostać w Paryżu, gdzie wyrzuciła Cię zawierucha wojny lub wyjechać do właśnie powstającego państewka Izrael. Co wybierasz?"
       Przy wciśnięciu pierwszego przycisku pojawia się taki mniej więcej tekst, poparty odpowiednimi ilustracjami: "Minęło dwadzieścia lat. Jesteś dyrektorem dużego banku, masz żonę i dwójkę dzieci, kochankę w innym mieście, kilka ładnych zer na koncie, piękną willę w stylu zdecydowanie nowobogackim, ale... czujesz, że w Twoim życiu czegoś brakuje, że nie jest ono pełne, że czegoś się wyrzekłeś. Czasami nie możesz spać po nocach. Patrzysz w gwiazdy za oknem i właściwie sam nie wiesz, o czym wtedy myślisz..." Wybór drugiej drogi jest zaś zwieńczeniem całego procesu zwiedzania Beth Hatefutsoth, zwieńczeniem tego śmiesznym pismem i różnymi językami pisanego traktatu, w którym przeplata się krew i wiara, pieniądz i stos, gadatliwość i Pan, którego Imienia wymawiać nie wolno, polityka i windsurfing, dnie zarówno straszliwe, jak i słoneczne, noce pełne zgrozy i tupotu kroków, ale także pogodne i spokojne. Wybór, który jest zwieńczeniem podróży do Izraela. "Minęło dwadzieścia lat. Masz żonę i dwójkę dzieci. Prowadzisz nieduży sklep przy Charuzim, masz trochę pieniędzy, choć przydałoby się więcej. Ale - gdy siadasz wieczorem do stołu z przyjaciółmi, którzy również przeżyli jak Ty wiele, gdy wdychasz ten dziwny zapach, lekko mdławy, parny, delikatny i niezwykle ciepły, gdy widzisz swe dzieci biegające przed domem (niedużym, trzeba to przyznać) wiesz już, że wreszcie skończyła się Twa tułaczka i wszystkie Twe trudne wybory. Bo jesteś w domu."

***

       Dziś pod moim oknem przechodziła demonstracja. Smagana deszczem, zmarznięta, sfrustrowana, rozmodlona, owinięta w ciepłe chusty, bo zimno, oraz w słuszne poglądy, bo biednie, rozczarowana, zdecydowana, szara, jak domy wokół. Nieliczna - sto, może sto pięćdziesiąt osób. I nagle ktoś z tłumu krzyknął tak, by wszyscy wokół usłyszeli tę smutną i straszną prawdę, aby wszyscy, także ci w mieszkaniach powyżej, usłyszeli i już wiedzieli, i pamiętali, i trwali przy tym, że "Polska - raj dla Żydów!!!". Ale wydaje mi się, że to jednak nieprawda. W Izraelu jest przepięknie. Słońce świeci.