Hamulce procesu pokojowego
 
[Artykuł ukazał sie w sierpniu 2002 roku w gazecie internetowej Korespondent.pl]

 

       Izrael to kraj kontrastów. Gaje drzew cytrynowych na pustyni, Morze Martwe - woda, w której nie ma życia, podniosła atmosfera miejsc świętych otoczonych harmidrem jarmarcznych straganów.
       Izrael to w końcu żyjący obok siebie Żydzi i Palestyńczycy. Ci pierwsi, wyrugowani przed wiekami z ziemi ojczystej, dziś powracają z diaspory. I drudzy - mieszkający tu od stuleci; a teraz zadziwieni, że kraj ich przodków stanowi również kolebkę innego narodu.
       Z tego kontrastu nie rodzi się już jednak piękno i fascynacja, jak ze zderzenia przeciwieństw w przyrodzie. Ten kontrast prowadzi do konfliktu. Konfliktu dwóch narodów, z których każdy pragnie mieszkać na swej ziemi ojczystej, ale bez żadnych panoszących się współlokatorów. Konfliktu tragicznego, takim bowiem czyni go słuszność roszczeń obu stron. Nie sposób tu powiedzieć - wy macie rację, wy się mylicie.

Tło historyczne

       Salomonowe rozwiązanie znalazła Organizacja Narodów Zjednoczonych w 1947 roku, dzieląc Palestynę na dwie połowy. Jedną oddała Żydom, drugą Arabom. Tych drugich jednak ten podział nie zadowolił. Dlatego postanowili zniszczyć Izrael, póki był słaby i bezbronny. Przy współudziale braci z krajów ościennych napadli na formujące się dopiero państwo żydowskie.
       I zapewne "zepchnęliby Żydów do morza", gdyby nie szczęśliwa obrona i kontrofensywa nieopierzonej jeszcze armii izraelskiej pod dowództwem gen. Ben Guriona, w której wyniku Izrael nie tylko odparł agresję, ale i zajął nowe terytoria.
       Ten scenariusz powtarzał się póˇniej jeszcze kilkukrotnie. Napaść - obrona - kontratak - zdobycze terytorialne. Rok 1956, 1967, 1973... Aż do dzisiaj.
       Obecne zaostrzenie sytuacji na Bliskim Wschodzie, trwające od listopada 2000 roku, jest najpoważniejszym kryzysem w ostatniej dekadzie. Ponadto ujawniło ono (szczególnie w ostatnich tygodniach) szereg przeszkód, które skutecznie utrudnią proces pokojowy w przyszłości.

Gdzie jest szef?

       Przede wszystkim - brak cieszącej się autorytetem władzy po stronie Palestyńskiej. Jaser Arafat jest dziś dla świata symbolem Palestyny - były terrorysta, który zamienił karabin na stół negocjacyjny, niezmożony bojownik o wolność i pokój, laureat pokojowej Nagrody Nobla.
       Niestety we własnym kraju nie cieszy się już taką estymą. Prawdziwego przywódcę państwa poznać można po tym, że obywatele słuchają go nawet, gdy głosi obce im poglądy, że wierzą mu, gdy powie "według mnie trzeba zrobić tak i tak, zaufajcie mi, zobaczycie, że przyniesie to dobre efekty". Na tym polega istota prawdziwego przywództwa.
       Nie jest to jednak atrybutem Jasera Arafata. On cieszy się posłuchem tylko, gdy głosi hasła miłe tłumom. Gdy mówi o niepodległości i dumie arabskiej. Gdy domaga się praw dla Palestyńczyków i piętnuje izraelską przemoc. Jeśli jednak wspomni o konieczności kompromisu, ustępstw - Palestyńczycy zwracają się od razu w stronę przywódców organizacji terrorystycznych. Tam mogą dalej słuchać o zemście i przez nią niesionej wielkości swego narodu.
       O słabości władzy Arafata świadczy też fakt niemożności poradzenia sobie z watażkami z Hamasu czy Dżihadu. Są to osoby znane, wypowiadające się przed kamerami, przyznające się do organizacji zamachów, w których giną dziesiątki Izraelczyków. Ale Arafat nie może ich aresztować, nie może ukrócić ich działalności. Bo ich władza jest silniejsza, bo cieszą się mocniejszą pozycją w społeczeństwie.
       Nie sposób też nie wspomnieć tu o Brygadach Męczenników Al-Aksy, organizatorach dwóch ostatnich zamachów. Ugrupowanie to jest zbrojną częścią Fatachu, na czele którego stoi właśnie Arafat. Jak więc może on kierować całym państwem, jeśli nie ma posłuchu nawet we własnej organizacji?! (O popieranie zamachów bombowych Jasera Arafat nie podejrzewam!) Dlatego właśnie sądzę, że pierwsza przeszkodą w jakichkolwiek rozmowach będzie brak reprezentanta ze strony palestyńskiej.

Wojna narodów

       Jest jednak i inna, prawdopodobnie dużo trudniejsza do przezwyciężenia, okoliczność stojąca na drodze ewentualnym rokowaniom pokojowym. Kiedyś motor napędowy procesu pokojowego stanowiła niezłomna wola Izraelczyków zakończenia konfliktu. Jeszcze cztery, pięć lat temu atak podobny temu w Gazie, który spowodowałby śmierć tylu niewinnych, przypadkowych osób, doprowadziłby do dymisji premiera. Opinia publiczna nie pozwoliłaby mu pozostać na stanowisku.
       A dzisiaj? Oczywiście, przez lewicową (np. Haarec) i centrową prasę przewinęła się fala krytyki, ale bez żadnych wyraˇnych następstw. Prawdopodobnie dlatego, że nie została wsparta jednoznacznie przez społeczeństwo. Przyznanie się Szarona do błędu spowodowane było też raczej presją międzynarodową niż naciskami wewnętrznymi.
       Skąd ta nagła znieczulica? Wydaje mi się, że zamachy ostatniej Intifady oraz przyniesione przez nie ofiary, atmosfera strachu i poczucie osaczenia przepełniły czarę goryczy. Coś się w Izraelczykach złamało, skruszała ta - wydawałoby się niezłomna - wola pokoju. Wydają się oni dawać władzy zielone światło w wyprowadzeniu ich z tej sytuacji, bez względu na środki. Czy można się temu dziwić? Ja nie potrafię.
       O tym, jak napięte są nastroje w społeczeństwie Izraelskim, świadczą choćby ostatnie zajścia w Hebronie. Osadnicy żydowscy, uczestniczący w pogrzebie ofiary zamachu bombowego, zostali obrzucenie przez Palestyńczyków kamieniami. Część z zaatakowanych była uzbrojona i ci odpowiedzieli ogniem. Zamieszki w mieście trwały kilka godzin, a walczących w końcu - z dużym trudem - rozdzieliła policja. Takie są fakty.
       Ale należy pamiętać, że osadnicy żydowscy na Zachodnim Brzegu żyją w ciągłym strachu. Że od kilkunastu miesięcy ich życie jest szczególnie zagrożone. Że co dzień rano wstają nie będąc pewnymi, czy doczekają wieczora. W tym świetle pytanie czy można użyć broni palnej przeciw kamieniom nabiera nowych kontekstów i odpowiedˇ na nie przestaje być jednoznaczna.
       A przecież kolonie na Zachodnim Brzegu znajdują się w sytuacji podobnej jak Izrael na Bliskim Wschodzie - enklawy otoczone przez (co najmniej) nieprzychylnych sąsiadów. Dlatego tamtejsze nastroje mogą świadczyć o emocjach całego narodu.

Ekstremiści z biedy

       I w końcu trzeci czynnik - czysto ekonomiczny. Większość Palestyńczyków znajduje się w tragicznej sytuacji materialnej. W takich warunkach łatwo rodzi się ekstremizm. Bez trudu można ich przekonać, że winowajcą wszelkiego zła jest główny wróg ich narodu - Izrael. Ci ludzie nie mają nic do stracenia - spokojnego życia, domku z ogródkiem, stabilnej pracy. A walka w Hamasie daje im poczucie wspólnoty, nadaje sens ich życiu; sens, którego nie widzą rozważając swą sytuację materialną.
       W tym świetle słuszna wydaje się polityka premiera Szarona. Chce on poluˇnić sankcje ekonomiczne nałożone na Autonomię Palestyńską, przy jednoczesnym konsekwentnym zwalczaniu terroryzmu. Pierwszy krok w tym kierunku został już uczyniony. Rząd izraelski zapowiedział wypłacenie władzom palestyńskim należnej im części wpływów z podatku dochodowego i zezwolenie ograniczonej liczbie Palestyńczyków na pracę w Izraelu.

Nadzieja w Bushu i dobrobycie

       Przeprowadzona analiza, pokazuje, że trudno będzie w tej chwili znacząco posunąć naprzód proces pokojowy. Jego szansę stanowi postawa Stanów Zjednoczonych, które w ostatnich dniach wykazują dużą determinację w tym kierunku. Jednak obecny kierunek działania władz izraelskich może doprowadzić do pewnego złagodzenia nastrojów pośród Palestyńczyków i uspokojenia sytuacji. To z kolei otworzyłoby pole do negocjacji. Niestety w tym miejscu wraca natrętnie postawione wcześniej pytanie - z kim Szaron miałby rozmawiać?

Piotr Kulma